Jesteś w: Openlearning > Centrum wiedzy > Ciekawostki
Aktualności
Najnowsze rozwiązania
Ciekawostki
Artykuły
e-mail:
Jeśli masz jakieś pytania, skontaktuj sie z nami
imię i nazwisko:
firma:
zapytanie:
W tym miesiącu chcielibyśmy zwrócić Twoją uwagę i zainteresować Cię dwoma ciekawymi szkoleniami.Pierwsze to symulacja negocjacyjna, która przeprowadzana jest w formie zabawy przy użyciu komputerów. Uczestnicy bawiąc się jednocześnie grają o realne zyski jakie wypracuje ich zespół podczas negocjacji.Całość prowadzona jest przez dwóch trenerów- jednego specjalistę z zakresu negocjacji oraz drugiego zajmującego się sferą wpływu i manipulacji. Uczestnicy mają okazję sprawdzić swoje zdolności negocjacyjne na swoistego rodzaju „poligonie" oraz otrzymać informację zwrotną od trenera i na podstawie nagrania video. Pomiędzy rundami odbywają się krótkie warsztaty dotyczące wpływu i manipulacji. Z racji charakteru szkolenia przeznaczone jest ono dla uczestników, którzy mają już pewne doświadczenie w tej materii bądź zajmują się negocjacjami na co dzień w środowisku pracy.Chcesz wiedzieć więcej?Zapraszam do kontaktu:marta.nooslawska@openlearning.pllub po numerem telefonu 501 734 111Drugie szkolenie dotyczy technik wpływu i manipulacji w sprzedaży i nie tylko. Manipulacja kojarzy się negatywnie, jednak wszystko zależy od intencji jaką masz podejmując działania mające na celu wywarcie wpływu na drugą osobę. W ramach szkolenia w sposób praktyczny ćwiczone są umiejętności wywierania wpływu posługując się regułami wpływu społecznego. Drugim aspektem jest nabywanie zdolności korzystania z wpływu opierającego się głównie na technikach NLP.Jeśli jesteś zainteresowany szerzej tematem tego szkoleniazapraszam do kontaktu:marta.nowoslawska@openlearning.pllub po numerem telefonu 501 734 111
Naukowcy przekonują, że nastąpił koniec kryzysu wieku średniego - informuje Daily Mail. Życie faktycznie zaczyna się po czterdziestce - uważa dr Carlo Strenger, psycholog z Israel's Tel Aviv University. Podstawowy wypływ na tego rodzaju myślenie ma poprawa systemu zdrowotnego, edukacji i wydłużenie życia. "Gdy ludzie zaczęli żyć dłużej i więcej z niego korzystać, przyszedł czas na odrzucenie panującego dotąd stereotypu kryzysu wieku średniego, a rozpoczęcie myślenia w kategoriach +zmiany w wieku średnim+ - mówi dr Strenger. - Jeśli odpowiednio wykorzystamy to, czego dowiedzieliśmy się o sobie w pierwszej połowie naszego życia, kolejna połowa będzie najpełniej wykorzystana".
Zdaniem dr Strengera, który opublikował swój punkt widzenia w Harvard Business Review, większość z nas założyła rodziny, kupiła dom i wybrała karierę w wieku ok. 30 lat. Kiedy te trudne decyzje są już za nami, możemy po prostu cieszyć się życiem i uczyć na własnych błędach.
"Ponieważ życie cały czas przynosi jakieś problemy, w drugiej połowie życia jesteśmy lepiej wyposażeni by sobie z nimi radzić" - przekonuje psycholog.
Nie ma potrzeby żałować wolności, jaką daje młodość. "Młodzi ludzie wcale nie mają nieskończonych możliwości - uważa dr Strenger. - Podejmują decyzje ograniczone małą wiedzą o swoich możliwościach. Iluzja wolności okresu młodości opiera się na naszej idealizacji. Zapominamy o naciskach, z jakimi musimy wówczas się zmierzyć: trzeba wybrać dobrą szkołę, mieć satysfakcjonujące oceny, dostać świetną pierwszą pracę, uzyskać taką a taką pozycję zawodową w wieku 30 lat itd."
"Wszyscy mamy wyobrażenia na temat tego, jacy powinniśmy być jako aktorzy, piosenkarze, liderzy polityczni czy biznesmeni. Kiedy jednak ludzie uwierzą, że ich wyobrażenia są rzeczywistością, popadają w kłopoty" - przestrzega dr Strenger, który opiera swoje opinie na analizie milionów Brytyjczyków, którzy największą głębię szczęścia przeżywają w wieku 44 lat.
Psycholog zachęca, by ci, których nie przekonał do swoich poglądów, przyjrzeli się życiu Elliotta Jaquesa, psychoanalityka, który stworzył termin kryzysu wieku średniego w 1965 r., mając 48 lat.
Między 48. a 86. rokiem życia (kiedy umarł), Elliott Jaques ożenił się, napisał 12 książek, działał jako konsultant Kościoła Angielskiego i Armii Amerykańskiej oraz stworzył kilka ze swoich najbardziej oryginalnych pomysłów.
"Życie takie jak Elliotta Jaquesa nie powinno być uważane za niezwykłe - dodaje dr Strenger. - Ludzkie podejście do wieku niestety nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Wiele osób może oczekiwać wtedy (po czterdziestce-PAP) nowego życia, jeśli nie drugiej kariery". MN
Żródło: www.racjonalista.pl z dnia 30 stycznia 2010r.
Choć większość dzieci uwielbia słodycze, niektóre z nich wybierają te o szczególnie intensywnym słodkim smaku. Do ciekawych wniosków doszli amerykańscy naukowcy, którzy twierdzą, że apetyt na najsłodsze smakołyki ma związek z depresją i ryzykiem alkoholizmu w przyszłości. O ich badaniach donosi pismo "Addiction". Naukowcy z Monell Center w Filadelfii przeprowadzili testy, podczas których 300 dzieci w wieku od 5 do 12 lat miało wskazać najsmaczniejszy ich zdaniem napój. Do wyboru było pięć napojów różniących się jedynie zawartością cukru. Równocześnie naukowcy zbadali dzieci pod kątem objawów depresyjnych i ustalili, które z nich miały w najbliższej rodzinie osobę uzależnioną od alkoholu (pod uwagę brani byli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie, ciocie i wujkowie).
Zebrane informacje wykazały, że 49 proc. dzieci miało w rodzinie przypadki alkoholizmu, a u prawie 25 proc. badacze zidentyfikowali objawy depresji.
Okazało się, że dzieciom, które miały w rodzinie alkoholika i wykazywały objawy depresji, najbardziej smakował napój o największej, 24-procentowej zawartości sacharozy, co można porównać do szklanki wody osłodzonej czternastoma łyżeczkami cukru. Był on o ponad 30 proc. słodszy niż wybierany przez pozostałe dzieci napój o 18-procentowej zawartości sacharozy.
Autorka badań dr Julie Mennella wyjaśnia, że słodycze i alkohol aktywują te same obszary w mózgu. Dlatego też istnieje ryzyko, że dzieci, które nie mogą obyć się bez słodkości i jednocześnie mają w rodzinie alkoholika, w przyszłości będą bardziej podatne na uzależnienie. Jak jednak zaznacza badaczka, wnioski te wymagają jeszcze potwierdzenia.
W oparciu o wcześniejsze badania naukowcy wysunęli hipotezę, że słodycze nie tylko poprawiają samopoczucie dzieci, ale również są w stanie uśmierzać ból. By to sprawdzić przeprowadzono eksperyment, podczas którego dzieci miały trzymać dłoń w bardzo zimnej wodzie mając w ustach coś słodkiego. Okazało się wówczas, że większość z nich wytrzymywało średnio o 36 proc. dłużej, jeśli miały w ustach sacharozę. Słodycze nie miały jednak wpływu na reakcję dzieci, które wykazywały objawy depresyjne.
Dr Mannella zauważa, że w obliczu trwających obecnie badań i kampanii na rzecz walki z otyłością wśród dzieci warto wziąć pod uwagę również tego rodzaju wnioski, gdyż sygnalizują one, że niektóre dzieci mogą wymagać odrębnego podejścia. KOC
Żródło www.racjonalista .pl z dnia 13 lutego 2010r.
Jądro migdałowate - to do tego obszaru w naszym mózgu możemy kierować pretensje o brak śmiałości. Zespół naukowców z Massachusetts General Hospital i Harvard Medical School kierowany przez Carla Schwartza zaobserwował, że ludzie zamknięci w sobie i unikający nowych sytuacji mają zwiększoną aktywność w tym rejonie mózgu. Co ciekawe, nie ulega to zmianie w późniejszym wieku, nawet jeśli - drogą racjonalnego myślenia - przemogli swoją słabość. Choć pozornie mogą sprawiać wrażenie rzutkich i przebojowych, ich mózgi nadal zostają nieśmiałe. Jądro migdałowate mieści się w "archaicznej", najstarszej ewolucyjnie części naszego mózgu. Jest ośrodkiem sterowania reakcjami emocjonalnymi niekontrolowanymi przez nasz rozum i świadomość. Głównie strachem. Dlatego wydarzenie, które zrobiło na nas ogromne wrażenie, choćbyśmy doświadczyli go we wczesnym dzieciństwie skrytym mrokami niepamięci, ulega zakodowaniu właśnie tu. Zdarza się, że powraca w najmniej spodziewanych momentach, paraliżując nasz umysł i ciało. Dlaczego tak się dzieje? Pamiętanie wydarzeń, które wzbudzają w nas lęk, jest uwarunkowane ewolucyjnie. Musimy zacząć je zapamiętywać jak najwcześniej i jak najlepiej, by w przyszłości skutecznie ich unikać. Zdarza się jednak, że jądro migdałowate jest nadwrażliwe i robi się "strachliwe" pod wpływem byle bodźca. aukowcy twierdzą, że możemy mieć to wpisane w geny
źródło: OLGA WOŹNIAK, Przekrój - numer 30(3031) z 27 lipca 2003 roku
Czytaj o wspomnieniach, pięknych modelkach, pierwszym wrażeniu, smutku, widzeniu i słyszeniu oraz o powodach impulsywnych zakupów, tym razem od strony neuropsychologii.
Wykasowanie niechcianych wspomnień, na jakie zdecydowali się bohaterowie filmu "Zakochany bez pamięci" może wkrótce stać się możliwe. Naukowcy zidentyfikowali neurony, w których magazynowane są złe wspomnienia i znaleźli metodę, by skutecznie się ich pozbyć - informuje pismo "Science". Choć wymazać wspomnienia udało się na razie tylko u myszy, naukowcy są coraz bliżej opracowania podobnej metody dla ludzi, gdyż według nich procesy, które zachodzą w naszych mózgach są podobne. Traumatyczne przeżycie pobudza ciało migdałowate, które produkuje duże ilości białka CREB. Naukowcy ustalili, że właśnie neurony produkujące to białko "zapamiętują strach" i to na nich należy się skoncentrować. Postanowili więc je zniszczyć i zobaczyć, czy razem z nimi znikną złe wspomnienia. By to sprawdzić, myszy poddano warunkowaniu klasycznemu, w którym bodźcem bezwarunkowym był wstrząs elektryczny, a bodźcem warunkowym towarzyszący mu dźwięk. Po takim "treningu" myszy zastygały w bezruchu, gdy tylko usłyszały dźwięk kojarzony z nieprzyjemnym doznaniem. Następnie naukowcy zniszczyli neurony wytwarzające CREB w jądrze bocznym ciała migdałowatego. Po upływie 2, 5 i 12 dni, okazało się, że słysząc ten sam dźwięk myszy reagowały obojętnie, więc reakcja lękowa została wyeliminowana. Badacze zapewniają, że usunięcie złych wspomnień nie miało wpływu na inne wspomnienia oraz zdolność zapamiętywania i uczenia się. Mózg myszy mógł także w dalszym ciągu gromadzić inne złe wspomnienia. Choć wielu z nas chętnie pozbyłoby się niektórych wspomnień, naukowcy z dystansem podchodzą do zastosowania takiej metody u ludzi. "Nasz mózg nie magazynuje nieprzyjemnych wspomnień bez przyczyny. Jeśli zapomnimy, że oparzyliśmy się dotykając rozgrzanej płyty piecyka, prawdopodobnie zrobimy to po raz kolejny" - mówi dr Jin- Hee Han, neurobiolog z Uniwersytetu w Toronto. Dr Han dodaje, że pozytywnym aspektem takiej ingerencji może być jednak pomoc osobom cierpiącym na zespół stresu pourazowego.(PAP)
Reklamy z udziałem zwłaszcza nadzwyczaj pięknych, ponętnych kobiet wcale nie zachęcają do zakupu oferowanych produktów, przeciwnie - odwracają uwagę konsumentów - ustalili włoscy neurolodzy. Naukowcy ogłosili też, że odnaleźli w mózgu "sekret skutecznej reklamy". Zespół badawczy pod kierunkiem Fabio Babiloniego z rzymskiego uniwersytetu La Sapienza ustalił, że reklama, aby odniosła skutek, nie może przedstawiać zbyt pięknych kobiet i mężczyzn, co można udowodnić, obserwując reakcje za pomocą zwykłego elektroencefalogramu. Pokazawszy wybranej grupie badanych osób spoty reklamowe telefonów komórkowych, jedzenia, napojów oraz samochodów z udziałem niezwykle urodziwych modelek, naukowcy stwierdzili, że zawarty w nich przekaz nie dociera do odbiorców i nie zostaje przez nich zapamiętany. Ich uwaga skupiona jest na pięknie, a nie na istocie reklamy. "Pamiętamy spot, ale nie markę i reklamowany produkt" - podkreślił Babiloni, którego ustalenia zostaną opublikowane w najnowszym numerze przeglądu "Clinical Neurophysiology". (PAP)
Pierwsze wrażenie, opinię na temat nowo poznanych osób wyrabiamy sobie bardzo szybko - decydują minuty i aktywność regionów mózgu zaangażowanych w przetwarzanie informacji emocjonalnych - przekonują Amerykanie na łamach pisma "Nature Neuroscience". Elizabeth Phelps wraz z kolegami z Uniwersytetu w Nowym Jorku badała aktywność mózgu ochotników przy pomocy funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI).Uczestników doświadczenia poproszono o sformułowanie opinii na temat innych osób na podstawie krótkiego opisu ich działań. Połowa opisów była pozytywna, połowa miała wydźwięk negatywny. Uczestnicy mieli wziąć pod uwagę wszystkie informacje i na tej podstawie odpowiedzieć czy dana osoba budzi w nich pozytywne czy negatywne odczucia. Podczas testu naukowcy badali aktywność części mózgu, które były aktywowane w trakcie poznawania opisu i "kodowania" informacji, a także dokonywania oceny prezentowanej osoby. Autorzy pracy zaobserwowali, że podczas prezentacji opisu osoby aktywacji ulegały różne części mózgu - m.in. zaangażowana w przetwarzanie informacji socjalnych kora przedczołowa mózgu. Jednak ta część mózgu nie była brała udziału w powstawaniu subiektywnej oceny prezentowanej osoby. Podczas wstępnej oceny, powstawania pierwszego wrażenia aktywacji ulegały inne struktury tzw. jądro migdałowate i tylna część kory obręczy - regiony mózgu znane ze swojej roli w kontrolowaniu emocji. (PAP)
Osoby, które w dzieciństwie uważano za smutne spędzają więcej czasu na zwolnieniu chorobowym - dowodzą badania, opublikowane na łamach "British Journal of Psychiatry". Badania przeprowadzone przez naukowców z londyńskiego King's College wykazały, że osoby, które były w latach szkolnych określane przez nauczycieli jako smutne, nieszczęśliwe lub często płaczące, pięć razy częściej miały problemy zdrowotne w średnim wieku. W badaniu uczestniczyło 7100 osób urodzonych w szkockim mieście Aberdeen w latach 1950 - 1955. W pierwszej części badań, gdy badani byli w wieku szkolnym, naukowcy pytali nauczycieli o temperament dzieci i ich frekwencję na lekcjach. Obecnie, gdy badana grupa osiągnęła wiek średni, badacze upomnieli się o informacje na temat ich życia zawodowego. Po zestawieniu tych danych okazało się, że dorośli określani niegdyś mianem smutnych spędzali więcej czasu na zwolnieniu chorobowym niż osoby, które w dzieciństwie nie cieszyły się najlepszym zdrowiem i często opuszczały lekcje z powodu choroby. "Nie twierdzimy, że nastrój, który dominował w dzieciństwie jest przyczyną chorób, choć z pewnością może przyczyniać się do ich powstawania" - mówi autor badań dr Max Henderson. Według naukowców, takie usposobienie dzieci jest często spowodowane brakiem zainteresowania lub nieodpowiednim podejściem rodziców. Naukowcy podkreślają, że "smutne" dzieci są również bardziej narażone na depresję i stany lękowe, co bywa kolejną przyczyną ich nieobecności w pracy.(PAP)
Widok osoby, z którą rozmawiamy ułatwia nam zrozumienie jej wypowiedzi aż sześciokrotnie - zaobserwowali naukowcy z USA. Wyniki badań opublikowano na łamach pisma "PLoS ONE". Zrozumienie wypowiedzi przyjaciela podczas głośnego przyjęcia jest trudne, dopóki nie zobaczymy jego twarzy. "Nasz mózg wykorzystuje obraz twarzy i ruchy ust naszego rozmówcy, w ten sposób pomaga nam zinterpretować to co słyszymy. Taka pomoc jest szczególnie istotna podczas rozmowy w głośnym miejscu" - tłumaczy doktor Wei Ji Ma z Baylor College of Medicine w Houston, główny autor badań. "Większość ludzi z prawidłowym słuchem czyta z ruchu warg bardzo dobrze, często nawet o tym nie wiedząc" - przekonuje doktor Ma. "Przy podwyższonym poziomie hałasu czytanie z ruchu warg zwiększa zrozumienie słów o 10 do 60 procent" - tłumaczy naukowiec. Chociaż dodaje, że przeprowadzone przez jego zespół badania wykazały, że żeby czytanie z ruchu warg było skuteczne potrzebna jest możliwość usłyszenia chociaż bardzo cichego dźwięku. Badacze przeprowadzili serię doświadczeń podczas których uczestnicy oglądali film z osobą wypowiadającą jakieś słowa. Jeżeli osoba ta była pokazana normalnie uczestnicy bez problemu łączyli informację słuchową i wzrokową, co było bardzo pomocne w rozpoznawaniu słów przy podwyższonym hałasie otoczenia. Co ciekawe, kiedy uczestnikom pokazywano tylko film rysunkowy z mówiącą postacią, informacja wzrokowa również była pomocna chociaż w mniejszym stopniu. Podczas innego badania uczestnikom prezentowano na filmie osobę wypowiadającą inne słowo niż to, które w tym samym czasie słyszeli badani - zaobserwowano że w takiej sytuacji mózg integruje dwa bodźce i osoby odczytują informację jako zupełnie inne słowo. Badacze opracowali model matematyczny dzięki któremu byli w stanie przewidzieć jak często uczestnik zrozumie prawidłowo prezentowane mu w różnych sytuacjach słowa. "Ludzie łączą dwa bodźce i to co odbierają zależy od ich niezawodności" - tłumaczy Mu. I tak obrazuje tę zależność: mózg działa jak detektyw, który ma dwóch świadków zbrodni - jeden jest bardzo precyzyjny i wiarygodny, drugi nie jest aż tak wiarygodny. Jego zadaniem jest uzyskanie informacji od obydwu i analiza ich wiarygodności w ustaleniu swojej wersji wydarzeń. (PAP)
Wiele osób poprawia sobie nastrój, objadając się niezdrowym jedzeniem w fast foodzie czy kupując niepotrzebne przedmioty. W najnowszym numerze "Journal of Consumer Research" naukowcy doradzają, jak łatwo można uniknąć takich sytuacji. Jak piszą autorzy z uniwersytetów w Chicago i Michigan, niektórzy ludzie działają impulsywnie w chwilach euforii, inni w nastroju depresyjnym. Ogarnia ich wtedy szał zakupów, potem zaś okazuje się, że kupiły same niepotrzebne rzeczy. Działają kierowani potrzebą doraźnej przyjemności, a nie długoterminowej korzyści. Zdaniem autorów, ludzie czują impuls do samopobłażania, jeśli uważają, że muszą coś zrobić, żeby wzmocnić lub utrzymać swój obecny pozytywny nastrój lub osłabić negatywny. W jednym z eksperymentów badacze prosili ochotników, którzy byli na diecie, o pokolorowanie narysowanych na kartkach twarzy. Twarze były uśmiechnięte lub groźne. Po wykonaniu zadania badani mieli wybrać w nagrodę jabłko lub czekoladę. "Wystarczyło, że pokolorowanie uśmiechniętej twarzy zajęło więcej wysiłku (trzeba to było zrobić cienkopisem, a nie szerokim markerem), żeby badani zaczynali myśleć długoterminowo o swoich potrzebach i wybierać jabłko zamiast czekolady" - piszą autorzy. Następnym razem, kiedy sięgniemy po słodycze, zastanówmy się przez chwilę, w jaki sposób nasze emocje mogą minąć. "Rada jest prosta. Jeśli czujemy się szczęśliwi, koncentrujmy się na przyczynach, dzięki którym uczucie to będzie długotrwałe. Jeśli czujemy się nieszczęśliwi, koncentrujmy się na przyczynach, dzięki którym uczucie to minie" - konkludują badacze.(PAP)
Jak wiadomo pieniądze szczęścia nie dają. A czy daje je to, co możemy za nie kupić? Okazuje się, że tak, ale pod warunkiem, że są to doświadczenia - informuje serwis "EurekAlert!". Badacze z San Francisco State University ustalili, że wydanie pieniędzy na bilet do teatru, kolację w restauracji czy ciekawa wycieczkę daje więcej szczęścia niż zakup nowego ubrania lub gadżetu. Poprawa samopoczucia wynika z zaspokojenia potrzeb wyższych niż potrzeba posiadania, m.in. potrzeby więzi społecznych. Osoby uczestniczące w badaniu poproszono o udzielenie odpowiedzi na temat ich ostatnich zakupów. Okazało się, że większość osób wyżej oceniła te zakupy, które pozwoliły im czegoś doświadczyć, niezależnie od ich zarobków i ilości wydanych pieniędzy. "Doświadczenia stanowią kapitał wspomnień. Szczęśliwe wspomnienia nie znudzą nas tak szybko jak rzeczy materialne" - mówi autor badań, psycholog Ryan Howell.(PAP)
Zmierz się z japońskim wyzwaniem i czytaj o różnicach między trenerem a coachem, po co się śmiejemy, dlaczego płaczemy, że warto cieszyć się ze swojego szczęścia bo ono jest zaraźliwe i o wpływie czekolady na depresję.
W Japonii tę zagadkę dają do rozwiązania w czasie rozmowy o pracę. Musisz przetransportować wszystkie osoby na drugi brzeg. Zasady są takie:
Mówi się, że czekolada poprawia nastrój i wpływa na dobry humor. Wiąże się to ze stymulacją układu dopaminy w mózgu, która wpływa na poczucie przyjemności. Niestety, najnowsze badania nad spożywaniem czekolady w różnych stanach emocjonalnych i jej antydepresyjnymi właściwościami, ujawniły, że nie zawsze czekolada będzie podwyższać nastrój. Może go nawet w ogólnym rozrachunku obniżać - czyli u osób które jedzą czekoladę aby poprawić sobie nastrój, może ona go w rzeczywistości obniżyć. Depresja nie zawsze lubi czekoladę.
Jak to się dzieje? Otóż naukowcy odkryli, że osoby jedzące czekoladę można podzielić na dwie grupy - pierwsza to osoby, które jedzą czekoladę dla przyjemności, jaka z jej jedzeniem się wiąże. To osoby które traktują jedzenie czekolady jako taką samą przyjemność, jak wypicie kieliszka dobrego wina, czy dobry film. Drudzy, to osoby, które jedzą czekoladę z nudów, albo ze smutku, traktując ją jako remedium na poprawienie nastroju.
Okazuje się, że w zależności od tego, jaka motywacja towarzyszy osobie jedzącej czekoladę, uaktywniają się w mózgu inne neurotransmitery. I tak, jedzenie czekolady dla przyjemności powoduje wzrost serotoniny, a więc rzeczywiste odczucie większej przyjemności. Jedzenie zaś czekolady jako lekarstwa na chandrę powoduje krótkotrwały wyrzut opiatów endogennych (naturalne wytwarzane w naszym ciele substancje redukujące ból i podwyższające nastrój). W trakcie wyrzutu opiatów rzeczywiście czujemy się lepiej, ale po nim przychodzi kac, czyli obniżenie nastroju, do poziomu niższego niż przed wyrzutem.
Professor Gordon Parker, którego badania na temat związku czekolady i depresji zostały opublikowane w Journal of Affective Disorders mówi że czekolada może mieć pozytywny wpływ na podwyższanie nastroju osoby chorej, ale po pierwsze, aby zastąpić pojedynczą tabletkę zawierającą środek antydepresyjny, trzeba by było zjeść całą ciężarówkę pełną czekolady, a po drugie, zła motywacja, może obniżyć efektywność czekolady i pomóc jedynie temporalnie.
źródło: abcnewsonline.com
Niezmiernie optymistycznie brzmiące wyniki badań, ogłosili niedawno naukowcy w British Medical Journal. Wynika z nich że szczęście jest zaraźliwe! Jednym słowem - unikajmy osób którzy rozsiewają zarazki grypy i zapalenia płuc, ale otaczajmy się tymi, którzy są szczęśliwi.
Rozprzestrzenianie się szczęścia naukowcy rozpisali nawet statystycznie i tak:
Aby otrzymać tak dokładne wyniki, naukowcy przebadali sieci społeczne 5 tys. osób na przestrzeni 9 lat. Każdy badany trzy razy wypełniał w tym okresie specjalne formularze, określające poziom emocjonalnego zdrowia i stanów depresyjnych. Osobiste poczucie szczęścia badane było metodą kwestionariuszową, nie opierało się więc na obiektywnych kryteriach, ale samoocenie badanych. W ten sam sposób badano społeczną sieć badanych i wyciągano odpowiednie wnioski. Okazuje się dodatkowo, że osoby, które mają wielu znajomych i rozbudowaną sieć społeczną w której centrum się znajdują, są szczęśliwsi od innych.
Cieszmy się więc i radujmy a nasi znajomi również będą szczęśliwsi!
Interpretując wyniki badań warto by się jedynie zastanowić czy czasem nie jest też tak, że jeśli czujemy się szczęśliwi, to unikamy osób, które czują się nieszczęśliwe, eliminując ich w ten sposób z naszych społecznych kontaktów. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji poziom szczęścia u naszych znajomych również byłby wyższy, niż u znajomych osoby z obniżonych stanem emocjonalnym.
Zimno, szaro, smutno. Dopiero południe, a więc przed większością nas jeszcze kilka godzin w pracy, w której na pewno zdarzy się coś nieprzyjemnego. Potem wrócimy do domu (płaczące dziecko, gderliwa żona, awaria Internetu) robiąc po drodze zakupy (kolejki, drożyzna). Jednym słowem - dramat. Jesteśmy mistrzami w narzekaniu, prawda? A narzekanie tylko wprowadza nas w jeszcze gorszy nastrój i sprawia że wszystko ma jeszcze bardziej czarne barwy. STOP! Przerwanie spirali narzekania i kiepskiego samopoczucia nie jest wcale takie trudne - można tego dokonać za pomocą jednego, krótkiego ćwiczenia, które regularnie powtarzane pomoże nam w „always look on the bright side of life".
Ćwiczenie jest proste i wymaga zaangażowania zaledwie przez dwie minuty. Można je uskutecznić na przykład jadąc rano autobusem. Mimo że za oknem szaro i smutno a przed godzina usłyszałeś, że „kochanie, mamusia przyjeżdża na weekend", znajdź 3 -5 rzeczy za które możesz być dziś wdzięczny i które mają pozytywny wydźwięk. Nie muszą to być rzeczy dużego kalibru - liczy się każde najmniejsze przyjemne wydarzenie. Regularnie powtarzane ćwiczenie sprawi, że każdy ranek będzie odrobinę bardziej przyjemny, a Twoje pozytywne nastawienie pozwoli Ci dostrzegać więcej pozytywów.
Dlaczego to działa - psychologia.
Do dobrobytu przyzwyczajamy się bardzo szybko (nie tylko materialnego). Dlatego bardzo szybko tracimy zdolność do cieszenia się rzeczami czy wydarzeniami w momencie ich osiągnięcia. Przykład? Proszę bardzo. Mróz za oknem daje się nam we znaki. Prawie codziennie narzekamy, że zimno, że śnieg, że paskudnie za oknem i marzymy o wiośnie, spacerach w promieniach słońca i porzuceniu kurtek i czapek na rzecz lżejszej odzieży. Podobnie było w zeszłym roku i rok wcześniej i...tak dalej. Spróbuj teraz przypomnieć sobie jak często zeszłej wiosny wstawałeś z okrzykiem „jak ciepło, jak cudownie, świat jest piękny!" Po kilku dniach przyzwyczaiłeś się do temperatury i to że wszystko wyłazi spod ziemi, nie było już powodem do niekontrolowanych wybuchów radości, prawda? No właśnie...
Tymczasem świadomość pozytywów które nam się przydarzają, pomaga nam docenić „tu i teraz" i sprawić że jesteśmy po prostu szczęśliwsi.
Dlaczego to działa - dowody naukowe
Badania na temat skuteczności podanego ćwiczenia przeprowadzili McCullough i Emmons. Jedną grupę osób prosili o wypisywanie co tydzień 5 rzeczy za które mogą być wdzięczni (które były pozytywne). Drugą grupę kontrolną, proszono o wypisanie po prostu 5 wydarzeń - bez nacechowania emocjonalnego. Po 10 tygodniach obie grupy szacowały swój poziom zadowolenia. Grupa „pozytywnie wdzięczna" okazała się o 25% bardziej szczęśliwą.
No to zaczynamy. Moje trzy miłe rzeczy na dziś:
Z psychologicznego czy fizjologicznego punktu widzenia płacz może być niekiedy dobry dla płaczącego. Zależy od wielu czynników, m.in. osobowości czy wsparcia ze strony innych - informują naukowcy na łamach pisma "Current Directions in Psychological Science". Psycholodzy Jonathan Rottenberg i Lauren M. Bylsma z Uniwersytetu Południowej Florydy badali pozytywny i negatywny efekt płaczu. Analizowali szczegółowe relacje ponad 3 tys. osób, opowiadających im o tym, kiedy płakały i co później czuły. Wydarzenia te miały miejsce w warunkach poza laboratoryjnych.
Większość badanych mówiła o polepszeniu nastroju, które następowało po epizodzie płaczu. Z kolei jedna trzecia nie informowała o poprawie nastroju, a jedna dziesiąta czuła się gorzej.
Zdaniem naukowców, korzyść z płaczu zależy od kontekstu, w jakim zachodzi konkretny epizod. Badacze uważają, że osoba płacząca, która otrzymuje wsparcie psychiczne, z większym prawdopodobieństwem odczuje poprawę nastroju.
Naukowcy, jak dotąd, nie potrafią jednoznacznie stwierdzić, kiedy i w jaki sposób płacz może nieść korzyść. W tym wypadku wyniki badań zależne są od warunków, w jakich prowadzone są eksperymenty.
Jak podkreślają autorzy artykułu, trudno jest takie badania przeprowadzić w laboratorium z zachowanie wymogu wiarygodności rezultatów. Ochotnicy, którzy płaczą w laboratorium podczas eksperymentów, zwykle nie opisują swoich doświadczeń jako oczyszczających czy powodujących poprawę nastroju.
Zwykle płacz w laboratorium sprawia, że badani czują się gorzej. Jak spekulują naukowcy, być może przyczyną są stresujące warunki samego badania, takie jak rejestrowanie eksperymentu kamerą wideo czy nadzór asystentów. Może to wywoływać dodatkowe negatywne emocje, takie jak zakłopotanie, które niwelują pozytywny efekt płaczu.
Mimo to badania laboratoryjne dużo mówią o fizjologii płaczącego. Okazuje się, że u takiej osoby uspokaja się oddech. Oprócz tego jednak pojawiają się negatywne skutki, w tym szybsze bicie serca i potliwość. Jednak efekty pozytywne trwają dłużej, mogą też pojawić się później, na samo wspomnienie epizodu płaczu.
Efekt płaczu zależy też od tego, kto płacze. Osoby z zaburzeniem nastroju lub z tendencją do stanów lękowych rzadziej będą doświadczać pozytywnej strony płaczu. Ponadto, ludzie, którzy nie są zdolni do wglądu we własne emocje, tzw. aleksytymicy, czują się gorzej po płaczu. Zdaniem psychologów, nie potrafią przeobrazić smutnego doświadczenia w pozytywne.
PAP- Nauka w Polsce
Jaką rolę pełni w naszym życiu śmiech?Czy jest on ściśle związany z poczuciem humoru? Otóż nie zupełnie. Śmiejemy się chętniej w obecności innych, ale często również śmiejemy się wyłącznie dlatego, że śmieją się inni. Mechanizm rządzący zaraźliwością śmiechu opisali uczeni z University College London (UCL) and Imperial College na łamach grudniowego wydania "Journal of Neuroscience". Badacze odtwarzali uczestnikom eksperymentu wydawane przez ludzi dźwięki, a jednocześnie za pomocą techniki funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI) badali aktywność ich mózgów. Reakcja mózgu na okrzyki triumfu, wrzaski, mlaskanie, cmokanie czy pohukiwanie była mizerna. Za to gdy badani usłyszeli śmiech, w ich mózgach uruchamiały się ośrodki kory odpowiadające za reakcję mięśni twarzy, zmieniające jej wyraz w uśmiech. Śmiech jest zachowaniem społecznym, który służy nawiązywaniu więzi i relacji z innymi.
Zdaniem uczonych zjawisko, które zaobserwowali w mózgu, wyjaśnia, dlaczego spontanicznie odpowiadamy uśmiechem na uśmiech. Z tego samego powodu podczas oglądania filmu komediowego w towarzystwie śmiejemy się głośniej. Reakcje, jakie zachodzą w mózgu, przebiegają automatycznie: włączają w nas śmiech, gdy śmieją się inni. Takie zachowanie ułatwia interakcje społeczne i buduje silne więzi pomiędzy członkami grupy.
Znaczenie śmiechu okazuje się jednak jeszcze głębsze. Doris G. Bazzini z Appalachian State University w Boone (USA, Karolina Północna) udowodniła w badaniach z udziałem 52 par małżeńskich, że przywoływanie pozytywnych wspomnień, którym towarzyszył śmiech, bardziej zbliża do siebie małżonków niż inne pozytywne wspomnienia, jak choćby zagraniczna podróż, która - choć przyjemna - nie łączyły się ze śmiechem. To kolejny dowód na więziotwórczość śmiechu.
Niepodważalną wartość śmiechu potwierdzili także izraelscy naukowcy, Ben Arav Ziv oraz Orit Gadish z uniwersytetu w Tel Awiwie, w badaniach z udziałem młodszych stażem i wiekiem par. Wynika z nich, że wspólne chwile śmiechu uznawane są za jedną z najwyżej ocenianych korzyści ze wspólnie spędzanego czasu. Z kolei Barbara Fraley i Arthur Aron z Uniwersytetu Stanowego Nowy Jork dowiedli, że wspólny śmiech zbliża także całkiem obcych sobie ludzi. W przeprowadzonym przez nich eksperymencie dobrali w pary osoby tej samej płci. Połowie z nich wyznaczyli zajęcia, które wiązały się ze śmiechem, drugiej - czynności o obojętnym wydźwięku emocjonalnym. Pary, które wykonywały zadania połączone z wesołością, czuły się sobie bliższe i żywiły wobec siebie głębsze uczucia niż osoby w grupie kontrolnej.
Za społeczną rolą śmiechu przemawia też fakt, że w samotności śmiejemy się 30 razy rzadziej niż w towarzystwie
To wszystko przez ewolucję!
Tezę, że śmiech nie jest wyłącznym przywilejem homo sapiens, uwiarygodnia wiele badań prowadzonych w ostatnich latach przez zoologów. Dziś wiemy, że śmieją się także zwierzęta. Zabawowy wyraz twarzy (play-face) małp i naczelnych, któremu towarzyszy przyspieszony, płytki oddech, będący odpowiednikiem śmiechu, stwierdził w przełomowej pracy holenderski etolog, badający zachowania zwierząt prof. Jan van Hooff. Zauważył on, że niektóre gatunki, np. szympansy, wydają przy tym dźwięki brzmiące mniej więcej "ahh ahh ahh". U szympansów, goryli i orangutanów tego typu mimika i wydawane odgłosy pojawiają się także przy łaskotaniu, co czyni podobieństwo do ludzkiego śmiechu jeszcze bardziej oczywistym. A niektóre makaki (Macaca silenus i Macaca tonkena) świadomie używają tych form przekazu jako narzędzia pojednania. Tak samo jak ludzie, którzy żartują, by rozładować napięcie. Najczęściej jednak ta reakcja towarzyszy zabawie - walce na niby lub gonitwie.
Różnice i podobieństwa w pracy tych 4 osób przedstawię na przykładzie nauki jady samochodem.
Doradca Mówi Ci co robisz dobrze, a co źle. Udziela Ci wskazówek i rad. Mówi co powinieneś zrobić, aby wyjść z poślizgu. Np. może Ci powiedzieć: „Nie. Nie w ten sposób. Tak nie wolno. Gdy wpadasz w poślizg to nie wolno Ci nacisnąć hamulca. Powinieneś lekko wcisnąć gaz".
TrenerDaje Ci zadanie (ćwiczenie) do wykonania. Np. mówi: „Przejedziesz się tym samochodem po lodzie. Gdy wpadniesz w poślizg, to naciśniesz lekko gaz". Potem omawia zadanie i wyciąga z niego wnioski. Wykonujesz zadanie ponownie i jeśli robisz wszystko tak jak trzeba (tak jak trener uważa), to kończysz trening.
Mentor Po prostu pokazuje Ci jak on wychodzi z poślizgu. Mówi: „Patrz i ucz się (przez obserwację) jak ja jadę, wpadam w poślizg i z niego wychodzę". Mentor jest dla Ciebie wzorem do naśladowania, jednak żeby go naśladować musisz wiedzieć jak to robić. On Ci nie mówi co i jak masz dokładnie zrobić. Mentor mówi: „Patrz na mnie i rób to samo".
Coach Od wszystkich poprzednich różni się tym, że nie mówi Ci co i jak masz zrobić, ale prowadzi Cię tak byś osiągnął to co zaplanowałeś na wstępie. Czyli w naszym przypadku może to wyglądać tak. Coach ustali z Tobą Twój cel - Chcę umieć wychodzić z poślizgu. Następnie zrobisz zadanie (ćwiczenie) podobnie jak z trenerem, ale Coach NIE powie Ci co masz zrobić, żeby wyjść z poślizgu. Trener od razu powiedział co masz zrobić. Z coachem sam wypracujesz rozwiązanie - sam je odkryjesz. Odkryjesz jakich umiejętności powinieneś wykorzystywać, aby wyjść z poślizgu. Następnie zbudujesz sobie wzór Twojego najlepszego działania i nauczysz się go.
Coach pozwoli Ci błądzić i szukać. Jego praca z Tobą polega na szukaniu rozwiązania dobrego dla Ciebie, dostosowanego do Twoich umiejętności i Twoich predyspozycji. Trener prawdopodobnie nauczy Cię rozwiązania najpopularniejszego - wszyscy tak robią to Ty też tak będziesz robił. Coach nie pokaże Ci jak on wychodzi z poślizgu. Nie doradzi Ci co powinieneś zrobić. Przy jego pomocy sam sobie pokażesz, co powinieneś zrobić i sam sobie doradzisz jak powinieneś to zrobić.
Źródło Forum portalu goldenline.pl
Czytaj o tym kim są nasi trenerzy, jak odczarować hipnozę, niezwykłych reakcjach zwykłych ludzi, wpływie zaangażowania ludzi na ich efektywność, owczym pędzie i sekretach ludzkiej uwagi.
W załączonym pliku przeczytasz mini wywiad z jednym z naszych trenerów.
Większość ludzi słysząc o hipnozie, zachowuje dużą rezerwę i uruchamia automatycznie stereotypy związane z tym zjawiskiem. Czy trzeba znać techniki tajemne i być ponadprzeciętnym człowiekiem aby hipnotyzować? Nie. Hipnoza to stan, w którym łatwiej odkryjesz, odczujesz na sobie, jakie możliwości kryje Twój umysł. I chociaż przez lata była przedstawiana jako coś tajemniczego i niedostępnego, każdy człowiek ma możliwość doświadczenia jej oraz nauczenia się umiejętności wprowadzania w trans siebie i innych. Ważne jednak, by wiedzieć co i jak się robi, ponieważ stan transu to powszechne doświadczenie, tyle że często stosowane bez tej świadomości nieprawidłowo. Stan transu hipnotycznego jest dla większości z nas zjawiskiem naturalnym, powszechnym i powtarzającym się wielokrotnie w ciągu dnia, chociaż często nieuświadomionym. Wypowiedzi typu ‘pracuje jak w transie', ‘właśnie się zawiesiła', ‘słuchając tej muzyki zapomniał o bożym świecie', 'tak się zaczytała, że nic do niej nie dociera', odnoszą się do tych zmienionych stanów świadomości, gdzie nasz świadomy umysł zawiesza albo co najmniej ogranicza znacznie swoją aktywność, tym samym pobudzając do intensywniejszego działania umysł nieświadomy. Możliwość wprowadzenia ludzi w stan hipnozy nie wynika z niezwykłych właściwości hipnotyzera (choć niektórzy hipnotyzerzy w to wierzą) lecz jest efektem umiejętnego posługiwania się językiem mówionym i komunikacją niewerbalną. W hipnozie możemy mieć pełniejszy dostęp do naszych wewnętrznych zasobów. Źródłem tych zasobów mogą być radosne i budujące doświadczenia, sukcesy i osiągnięcia, fantazja i kreatywność, ale również bolesne doświadczenia, rozstania i rozczarowania, dramaty życiowe gdyż one wszystkie dostarczają nam w takim samym stopniu doświadczenia życiowego, dzięki któremu wiedzę tą spożytkować możemy w przyszłości. W hipnoterapii zakłada się, że posiadane przez nas wewnętrzne zasoby wystarczają aż nadto do konstruktywnego rozwiązywania naszych problemów. Czy dając się wprowadzić w trans będę miał kontrolę nad sobą? Tak. Żaden człowiek nie może zostać zahipnotyzowany, jeśli sam tego nie chce i nie zechce współpracować z hipnoterapeutą. Nikogo też nie można zmusić do robienia rzeczy, których nie chciałby robić z własnej woli. Podczas poddawania się hipnozie w każdym momencie sam wybierasz, czy zechcesz przyjąć sugestie podawane przez hipnoterapeutę. Przykłady pochodzące z hipnozy scenicznej różnią się od tej hipnozy ericksonowskiej, która służy rozwojowi osobistemu, stosowanej w NLP czyli szkoleniach wywierania wpływu na swój umysł.Hipnotyzer sceniczny wybiera na scenę osobę pod względem określonych cech (na przykład ktoś chce mieć tzw. "swoje pięć minut"). Ale również i ta osoba nie da się zmusić do niczego, czego nie będzie chciała. Będąc w stanie transu człowiek przez cały czas zdaje sobie sprawę, gdzie jest i co się z nim dzieje. I musi się czuć naprawdę bezpiecznie i przyjemnie, by wejść w bardzo głęboki stan transu. Poniżej kilka faktów wyjaśniających to jak sądzimy na temat hipnozy, a jak jest w rzeczywistości. Zwykle sądzimy że... sednem wszystkiego jest bogata wyobraźnia... a w rzeczywistości zdolność do imaginacji koreluje z podatnością na hipnozę. Zwykle sądzimy że... odprężenie jest ważną częścią hipnozy... a w rzeczywistości stan hipnotyczny można wywołać także podczas wytężonego wysiłku. Zwykle sądzimy że... hipnoza polega głównie na uległości ... a w rzeczywistości wielu osobom nie udaje się wejść w stan hipnotyczny choć bardzo tego pragną. Zwykle sądzimy że... hipnoza jest w swojej istocie wyłącznie udawaniem ... a w rzeczywistości reakcje fizjologiczne wskazują na to, że osoby zahipnotyzowane nie kłamią. Zwykle sądzimy że... hipnoza jest niebezpieczna ... a w rzeczywistości standardowe procedury hipnotyczne nie są groźniejsze niż słuchanie wykładu. Zwykle sądzimy że... hipnoza ma coś podobnego do stanu snu ... a w rzeczywistości to nieprawda, zahipnotyzowane osoby są w pełni świadome. Zwykle sądzimy że... reakcja na procedurę hipnotyczną jest podobna do reakcji na placebo ... a w rzeczywistości reakcja na hipnozę i na placebo nie są ze sobą skorelowane. Zwykle sądzimy że... ludzie o pewnych typach osobowości są bardziej podatni na hipnozę ... a w rzeczywistości nie ma żadnych istotnych związków pomiędzy konkretnymi cechami osobowości a podatnością na hipnozę. Zwykle sądzimy że... ludzie w transie tracą samokontrolę ... a w rzeczywistości osoby zahipnotyzowane mogą w każdym momencie odmówić wykonania jakiejś sugestii bądź wyjść ze stanu hipnotycznego. Zwykle sądzimy że... hipnoza pozwala cofnąć się osobom do czasów wczesnego dzieciństwa ... a w rzeczywistości osoby będący w takim stanie hipnotycznym zachowują się jak dorośli udający dzieci. Zwykle sądzimy że... podatność na hipnozę zależy od hipnotyzera i stosowanych przez niego technik ... a w rzeczywistości nic poza podatnością samego badanego w warunkach laboratoryjnych nie jest istotne. Zwykle sądzimy że... osoba zahipnotyzowana jest w stanie lepiej zapamiętać wydarzenia ... a w rzeczywistości hipnoza może zaburzyć granice pomiędzy fantazją a wspomnieniami i sztucznie zawyżyć pewność siebie. Zwykle sądzimy że... u osób zahipnotyzowanych można wywołać zachowania sprzeczne z ich systemem wartości ... a w rzeczywistości zahipnotyzowane osoby zachowują się zgodnie ze swoimi zasadami moralności. Zwykle sądzimy że... zahipnotyzowani ludzie nie pamiętają, co wydarzyło się podczas sesji ... a w rzeczywistości pohipnotyczna amnezja nie występuje samoistnie. Zwykle sądzimy że... w hipnozie ludzie mogą przejawiać niezwykłą silę, wytrzymałość, zdolność do uczenia się i ostrość zmysłów ... a w rzeczywistości zwiększenie tych umiejętności lub natężenia cech nie przekraczają tego, co bez hipnozy dana osoba mogłaby osiągnąć będąc odpowiednio zmotywowaną.
Ludzkie reakcje są bardzo ciekawe, a jednocześnie bywają zaskakujące. Poniżej kilka z prawidłowości naszego działania. Wiesław Baryła (polski psycholog społeczny) spytał kiedyś studentów, co myślą o firmie NIHEX. 31 procent miało negatywną, a 4 procent pozytywną opinię na jej temat. Problem w tym, że takiej firmy nie ma i nie było. Ludzie mają poglądy na temat rzeczy, które nie istnieją. Mieszkańcy Chicago, badani podczas wyborów samorządowych, stwierdzili, że aż 94 procent ludzi, głosując, kieruje się rasą kandydata. Zarazem tylko 8 procent przyznało, że dla nich rasa ma znaczenie. Ludzie uważają się za lepszych i uczciwszych od innych. W badaniach Wilsona i Schoolera badani, którzy jedząc dżem, analizowali jego smak, bardziej rozmijali się z opiniami ekspertów niż ci, którzy po prostu spróbowali dżemu. Ludzie po namyśle wcale nie podejmują bardziej trafnych decyzji. Czasem lepiej nie myśleć. Przed wyborami burmistrza w mieście Picoaza, w Ekwadorze, sprzedawca dezodorantu do stóp o nazwie Pulvapies posłużył się sloganem: Wybierz Pulvapies. Uczynił to tak skutecznie, że Pulvapies został wybrany burmistrzem (choć nie figurował na liście kandydatów). Ludzie wierzą, że dokonują trafnych wyborów. W rzeczywistości kierują się różnymi przypadkowymi czynnikami, np. sloganem. W anonimowych ankietach studenci deklarują, że nie wolno ściągać, bo to nieuczciwe. Ci sami studenci, jeśli tylko mają okazję - ściągają ile wlezie. To, co ludzie mówią i co robią, to dwie zupełnie różne rzeczy.
Źródło: Charaktery, nr.11(142), Listopad 2008-12-01
Jak zwiększyć zaangażowanie pracownika? - na to pytanie od dawna usiłują odpowiedzieć specjaliści od HR. Odpowiedź jest prosta: zaangażowanie pracowników zależy od warunków stworzonych przez pracodawcę - czytamy w piśmie "Industrial and Organizational Psychology". Jak piszą w swoim artykule William H. Macey i Benjamin Schneider z Rolling Meadows w stanie Illinois, zaangażowany pracownik osiąga znacznie lepsze rezultaty. Na zaangażowanie składa się, według nich, motywacja, pozytywne skojarzenia związane z pracą i wysiłek w nią włożony. Autorzy twierdzą, że pracownicy będą zaangażowani, jeśli tylko pracodawca stworzy im do tego warunki. Sprawiedliwe traktowanie pracownika, sprawia, że wzrasta zaufanie i jednocześnie zwiększa się zapał do pracy. Według Maycey'a i Schneidera, zaangażowanie jest często mylone z satysfakcją lub wypełnianiem obowiązków, a niektórzy uważają, że najlepszymi wskaźnikami zaangażowania są obroty i lojalność pracownika. Jednak na zaangażowanie składają się zarówno czynniki emocjonalne (pozytywne emocje i entuzjazm), jak i odpowiadające im zachowanie, które później przekłada się na sukces firmy. Zaangażowanie jest ściśle związane z energią, którą pracownicy mają w sobie rozpoczynając pracę, a od pracodawcy zależy to, czy ta energia uwolni się i zaangażowanie pracowników wzrośnie.
Ludzkie "stado", podobnie jak owce czy ptaki, podąża za swoim przewodnikiem. Naukowcy brytyjscy z University of Leeds uważają, że w przemieszczającym się tłumie podświadomie szukamy jednostek, za którymi będziemy mogli podążyć. Wyniki badań ukazały się na łamach "Animal Behaviour Journal". Zdaniem biologa, prof. Jensa Krause, jest wiele sytuacji, kiedy takie badania mogą okazać się pożyteczne. Z jednej strony, mogą to być sytuacje zagrożenia, kiedy liczna grupa ludzi ulega panice i na nic zdają się jakiekolwiek werbalne komendy. Z drugiej strony, może to być zwykłe kierowanie przepływem pieszych w dużych miastach. Jak twierdzą naukowcy, wystarczy, że w tłumie ludzi pięć procent zna drogę, a reszta, nie do końca zdając sobie z tego sprawę, ulegnie im i podąży w tym samym kierunku. Prof. Krause prowadził eksperymenty na kilkusetosobowej grupie ludzi. Wszyscy mieli spacerować po dużej hali w dowolnych kierunkach. Kilku członków grupy na osobności poproszono, żeby spacerowali w określonym porządku. Nikt z grupy nie mógł porozumiewać się ze sobą. Po pewnym czasie okazywało się, że grupa spontanicznie zaczynała tworzyć coś na kształt węża, idąc gęsiego za tymi, którzy otrzymali ścisłe wskazówki dotyczące sposobu poruszania się. "Wszyscy byliśmy kiedyś w sytuacji, że poszliśmy za tłumem. W tym eksperymencie najciekawsze jest to, że członkowie grupy doszli do konsensusu bez wzajemnego porozumiewania się" - komentuje Krause. W innych eksperymentach naukowcy badali, ile w danej grupie powinno być osób poinstruowanych co do kierunku czy sposobu poruszania się, żeby reszta poszła za nimi. Okazuje się, iż w tłumie liczącym 200 lub więcej osób, wystarczy, że pięć procent będzie wiedziało, dokąd iść, żeby reszta podążyła za nimi. W mniejszej grupie musi być procentowo więcej "przewodników". "Zaczęliśmy się zajmować grupowym podejmowaniem decyzji u ludzi, ponieważ tak naprawdę interesowało nas to zjawisko u zwierząt, a głównie ptaków wędrownych. Tam bowiem trudniej jest zidentyfikować przewodników stada - mówi Krause. - Okazuje się, że istnieje wiele podobieństw między zachowaniem się stada zwierząt i tłumu ludzi".
Źródło: /www.racjonalista.pl
Czy dobry nastrój pomaga pracować? Nie zawsze, jak sugerują najnowsze badania. Radosne myśli mogą stymulować kreatywność, ale w przypadku prozaicznej pracy, takiej jak przeszukiwanie bazy danych, zdenerwowanie lub smutek może pomóc. To pierwsze takie badania, które sugerują, że pozytywne nastawienie może mieć odwrotny skutek na wydajność pracy w zależności od rodzaju zajęcia. Stres, gniew oraz zły nastrój nie są uznawane za czynniki rozszerzające uwagę ludzi i powodują, że mogą oni myśleć i widzieć tylko to co znajduje się dokładnie na przeciwko nich. Na przykład osoby, które były trzymane na muszce, nie potrafią sobie później przypomnieć sobie nic poza bronią. Dobre samopoczucie natomiast jest znanym czynnikiem poszerzającym rozumowanie ludzi i poprawiającym ich kreatywność. Ale nie wiadomo było, czy dobry nastrój rozszerza także ludzką możliwość spostrzegania szczegółów oglądanych obiektów.. Aby odpowiedzieć na to pytanie, psycholog Adam Anderson z University of Toronto poprosił 24 studentów o poddanie się dwu rodzajom testów po wysłuchaniu smutnej, radosnej i neutralnej muzyki. W pierwszym teście studenci zostali poproszeni o myślenie o niecodziennych słowach, aby przetestować rozmach ich kreatywności myślowej. Jak już poprzednio relacjonowano po wcześniejszych różnorodnych badaniach, tym, którzy słuchali radosnej muzyki i twierdzili, że są w dobrym nastroju - udało się przypomnieć sobie więcej niezwykłych słów niż w przypadku dwóch pozostałych grup. W drugim teście, studentom przedstawiono rząd trzech list i poproszono ich, aby ignorowali wszystko poza listą umieszczoną w środku. To mierzyło rozmiar ich uwagi wizualnej i zdolność do skupienia się na tym, co znajduje się dokładnie na przeciwko nich. Tym razem, uwagę studentów, którzy wysłuchali muzyki radosnej, można było z prawdopodobieństwem o 40% wyższym rozproszyć przez niespodziewane bodźce, niż w przypadku studentów, którzy wysłuchali smutnej muzyki. "Uwaga może działać jak snop światła" - mówi Anderson. Dobry nastrój może ten snop rozszerzać, twierdzi, aby obejmował więcej, niż widzimy w innych przypadkach, ale czasami prowadzi do większego rozproszenia. Ale skupiony do wewnątrz, szerszy snop podnosi kreatywność - sugeruje zespół badawczy papierowym wydaniu "Proceedings of the National Academies of Sciences" z 12 grudnia. "Podobają mi się te badania" - mówi psycholog kognitywna Elizabeth Phelps z New York University. Podobnie jak Jeremy Wolfe z Harvard Medical School w Bostonie, ale zwraca on uwagę, że "to jest skromna manipulacja nastrojem w warunkach laboratoryjnych". Przyszłe badania powinny zająć się skutkami zróżnicowania nastroju w bardziej dramatycznych sytuacjach realnego życia - mówi.
Czytaj o: polecancyh książkach, błędach postrzegania społecznego, synestezji, skłonnościach smutnych, samoutrudnianiu, zachowaniach w windzie, działaniu komplementu i cierpieniu Tutaj znajdziesz reportaż na temat naszej Firmy. Będzie to cykl artykułów, dzięki którym będziesz mógł poznać przede wszystkim naszych trenerów. Zapraszam do lektury.
Kompetentny Menadżer to seria nowoczesnych sprawdzonych książek - narzędzi przydatnych w pracy każdemu pragnącemu się rozwijać pracownikowi. Rzetelna wiedza oparta na solidnych podstawach merytorycznych podana w przystępny sposób. Autorzy, specjaliści w swoich dziedzinach, w zwięzły i atrakcyjny sposób wyjaśniają poszczególne zagadnienia dotyczące motywacji, komunikacji, asertywności, rozwiązywania konfliktów.
MENADŻER Z CHARYZMĄ Benton Debra Przekład: Ewa Jusewicz-Kalter, tytuł oryginału: Executive Charisma, ISBN 83-89574-03-9, format A5, oprawa miękka, str. 196 Wydawca: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Jak rozwinąć swoje umiejętności komunikacyjne?Jak zarządzać oryginalnie i niestandardowo? Jak wykazywać się pewnością w niepewnych sytuacjach? Jak robić wrażenie na innych? Jak być znakomitym przywódcą? Jak z kompetentnego menadżera zamienić się w prawdziwego przywódcę?
Wypowiedzi ponad 500 czołowych przedstawicieli kadry zarządzającej klasy światowej oraz liczne badania dowodzą, że zdobycie i utrzymanie danej pracy, jak również rozwijanie się w niej, zależy w 85% od umiejętności współżycia z ludźmi.
OCENA PSYCHOLOGICZNA PRACOWNIKÓW Hoffman Edward Przekład: Ewa Jusewicz-Kalter, tytuł oryg.: Psychological Testing at Work, ISBN 978-83-7489-178-3, format A5, oprawa miękka, str. 237, 2008 Wydawca: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Oto książka, dzięki której poznasz sposoby oceniania cech, zainteresowań, umiejętności i talentów kandydata na stanowisko w twojej firmie, zawiera ona bowiem opisy testów psychologicznych przydatnych w każdym miejscu pracy. Książka ta podpowie, jak przyciągnąć i utrzymać zmotywowanych pracowników, jak przewidywać wydajność i zyskowność przedsiębiorstwa, jak poprawić współpracę zespołów w firmie oraz jak zwiększyć wiarygodność swojej firmy dzięki zatrudnianiu uczciwych i zrównoważonych osób.
TWOJA ROLA W ZESPOLE
Belbin Meredith Przekład: Anna Sawicka-Chrapkowicz, tytuł oryginału: Team Roles at Work, ISBN 83-89120-74-7, format A5, oprawa miękka, str. 200, wyd. 1, Gdańsk 2003 Wydawca: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne W każdej firmie najistotniejszą rolę odgrywają dobrze dobrani pracownicy. R. M. Belbin pisze, jak zorganizować zgrany zespół, bazując na umiejętnościach i predyspozycjach jego poszczególnych członków. Każdy z nas prezentuje bowiem określony typ pracownika i może pełnić odmienną rolę w zespole. Dzięki tej ksiażce dowiemy się, jak skutecznie porozumiewać się w firmie i kształtować takie relacje między pracownikami, by nasza praca była efektywna i przebiegała sprawnie. TRUDNI WSPÓŁPRACOWNICY Bernstein Albert J., Rozen Sydney Craft Przekład: Dorota Gostyńska, ISBN 978-83-7489-180-6, format A5, oprawa miękka, 264 strony, 2008 Wydawca: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne O kim można powiedzieć, że jest trudnym współpracownikiem? O każdym, kto w działaniu kieruje się instynktem, a sądzi, że postępuje zgodnie z logiką. O każdym, kto kiedykolwiek dawał się w pracy ponosić emocjom, wybuchał gniewem, upierał się przy czymś bez sensu czy wszczynał kłótnie. Słowem - o każdym z nas, gdyż każdy z nas często zachowuje się nieracjonalnie. Oczywiście im bardziej ktoś ulega niekontrolowanym emocjom - czy to zwierzchnik, czy podwładny - tym trudniej radzić sobie z nim w pracy i tym większe trudności ma on sam w radzeniu sobie z innymi i ze stojącymi przed nim zadaniami.
Synestezja (gr. synaísthesis - równoczesne postrzeganie od sýn - razem' i aísthesis - poznanie poprzez zmysły). W psychologii stan lub zdolność, w której doświadczenia jednego zmysłu (np. wzroku) wywołują również doświadczenia, charakterystyczne dla innych zmysłów. Na przykład odbieranie niskich dźwięków wywołuje wrażenie miękkości, barwa niebieska odczuwana jest jako chłodna, obraz litery lub cyfry budzi skojarzenia kolorystyczne itp. Istnieją dwie teorie tłumaczące owe zjawisko. Jedna mówi, że istnieje więcej połączeń synaptycznych pomiędzy neuronami przenoszącymi "zmysłowe informacje", a druga - że ilość połączeń synaptycznych jest taka sama, a mieszanie się odbieranych doświadczeń wynika z tego iż zachwiana jest równowaga pomiędzy hamowaniem i wyciszaniem docierających impulsów w mózgu. Przykład połączeń obrazu liter i cyfr z połączeniem kolorystycznym: Stosunkowo najczęściej spotykane jest "barwne słyszenie", które polega na tym, że dźwięki lub współbrzmienia wywołują wrażenia barwne, bądź barwy - dźwięki. Synestetami byli m.in.: Nikołaj Rimski-Korsakow, Vladimir Nabokov, Franciszek Liszt, a jest Marta Ptaszyńska i Chris Urbanowicz. Na stronie http://www.synestezja.pl można znaleźć animacje synestetyczne, czyli takie, które są zobrazowaniem ostatniego ze wspomnianych powyżej przykładów, kiedy brzmienia wywołują odpowiednie barwy.
Jesteś w złym nastroju? Uważaj podczas robienia zakupów! Jak dowodzą amerykańscy psycholodzy, ludzie, którzy są smutni lub skoncentrowani na swoich problemach, wydają w sklepach więcej pieniędzy niż osoby w dobrym lub neutralnym nastroju. Wyniki badań zostaną opublikowane w czerwcowym wydaniu pisma "Psychological Science". Jak mówi współautorka pracy, Jennifer Lerner z Harvard University, wydawanie pieniędzy jest prawdopodobnie sposobem na poprawienie poczucia własnej wartości. W jednym z eksperymentów badani oglądali fragmenty filmów. Części osób pokazano smutne sceny z filmu "Mistrz" w reżyserii Roda Lurie, w którym reporter sportowy odnajduje żyjącego w nędzy legendarnego mistrza boksu. Innym badanym kazano oglądać fragmenty neutralnego emocjonalnie filmu przyrodniczego z National Geographic, ilustrującego życie rafy koralowej. Po seansie uczestnicy kupowali towary codziennego użytku. Okazało się, że ci, którzy oglądali fragmenty smutnego filmu, gotowi byli zapłacić nawet o 300 procent więcej za takie produkty, jak na przykład butelka wody mineralnej. Kiedy badani byli świadomi istnienia takiej zależności, wówczas przestawała ona działać. Zdaniem naukowców podobne mechanizmy mogą dotyczyć nie tylko zakupów, ale także takich zachowań, jak gra na giełdzie czy angażowanie się w ryzykowne relacje międzyludzkie. Wszędzie tam nawet krótkotrwałe negatywne stany emocjonalne mogą wpływać na podejmowane przez nas decyzje. Zdaniem Lerner, mechanizm ten można odnieść nie tylko do jednostek, ale również do większych grup. "Jeśli w jakiejś społeczności dojdzie do tragicznego zdarzenia, na przykład wypadku szkolnego autobusu, ludzie w tej społeczności skłaniać się będą do podobnego typu zachowań. Załóżmy, że ktoś zechce sprzedać dom. Zaoferuje niższą cenę niż wynosi jego rzeczywista wartość. Z kolei jeśli zechce kupić dom, wyda na kupno więcej pieniędzy, niż dom jest wart" - mówi badaczka. Ważne jest, żeby zrozumieć, w jaki sposób emocje i decyzje ekonomiczne wpływają na siebie nawzajem - dodaje.
Samoutrudnianie - w psychologii mechanizm obronny, polegający na przewidywaniu niepowodzenia i jednoczesnym przygotowywaniu takich jego wyjaśnień, które minimalizują brak zdolności jako jego możliwą przyczynę. Samoutrudnianie idzie w parze z zaniżoną samooceną. Zalicza się je do defensywnych technik autoprezentacji, bowiem pozwala ochronić poczucie wartości (co prawda na krótką metę) jednak znacznie obniża szanse na osiągnięcie upragnionego sukcesu, w rezultacie czego na dłuższą metę obniża samoocenę. Pewien paradoks samoutrudniania polega na tym, że im bardziej zależy komuś na osiągnięciu sukcesu, tym bardziej prawdopodobne jest, że będzie stosować techniki samoutrudniające (jeśli ma zaniżoną samoocenę). W polskiej psychologii społecznej samoutrudnianiem zajmowali się Dariusz Doliński i Andrzej Szmajke. Eksperymenty, które przeprowadzili dowiodły między innymi, że zdenerwowanie przedegzaminacyjne i depresyjny nastrój mogą być technikami samoobronnymi. Samoutrudnianie traktuje się jako patologiczną postać tendencji samoobronnej. Występuje ono z różnymi zaburzeniami, między innymi z depresją czy alkoholizmem.
Teoria intymności to teoria z zakresu psychologii społecznej, która próbuje wyjaśnić nietypowe zachowania niewerbalne ludzi w windach, zatłoczonych autobusach, poczekalniach, restauracjach itp. Według tej teorii poczucie bliskości i intymność objawia się w zachowaniu słownym i bezsłownym. Obserwując te komunikaty możemy wnioskować, czy ludzie lubią się i czują się sobie bliscy, czy też nie. Wymiar emocjonalnej bliskości ujawnia się w następujących zachowaniach:- Kontakt wzrokowy i kierunek patrzenia - im ludzie czują się sobie bliższy, tym częściej i dłużej patrzą sobie w oczy. Spojrzenie jest traktowane jako silny sygnał, wzbudzający emocje, zwłaszcza jeśli nie jest przelotne lecz trwa dłużej. Dlatego na ludzi obcych patrzymy zwykle przelotnie. Dłuższe patrzenie pojawia się wobec osób bliskich. - Postawa ciała- pochylenie ciała. Ludzie, którzy się lubią, ufają sobie, są sobą zainteresowani w trakcie rozmowy pochylają się lekko ku sobie, gdy się nie lubią tułów i głowa leciutko odchylają się do tyłu. Otwarta postawa ciała. Gdy ludzie się lubią ich postawa ciała jest otwarta, gdy się nie lubią lub są sobie obcy jest zamknięta. (Szerzej o otwartej postawie ciała zobacz: postawa ciała). - Temat rozmowy. W trackie rozmowy z bliskimi osobami poruszamy tematy bardziej osobiste i ważniejsze (np. własne przeżycia, plany, zadajemy osobiste pytania). Gdy rozmawiamy z dalekimi znajomymi, temat rozmowy jest bezpieczniejszy i nieemocjonujący (np. pogoda). - Dotyk. Jest bardzo silnym sygnałem, wywołuje zwykle silne emocje bądź to pozytywne bądź negatywne. Dążymy do dotykania tylko tych osób, które bardzo lubimy i którym ufamy. Przyjazny dotyk pojawia się w związku z tym jedynie wobec osób bliskich. - Gesty i ruchy ciała. W trakcie rozmowy z bliską osobą pojawia się więcej gestykulacji, ciało jest bardziej rozluźnione i przyjmuje bardziej niesymetryczne pozycje. Pojawiają się także gesty, które naruszają dystans indywidualny i dystans intymny drugiej osoby oraz takie gesty, które mogłyby się skończyć dotknięciem. - Mimika. Wyrazy mimiczne są objawem przeżywania emocji. Pojawiają się częściej gdy rozmawiamy z bliskimi niż z obcymi. - Dystans osobisty. Ludzie, którzy się lubią skracają dystans i ustawiają się blisko siebie. Z obcymi ludźmi rozmawiamy w większej odległości. - Tembr głosu. Jeśli czujemy się dobrze, mówimy nieco niższym głosem, nie zastanawiamy się nad konstrukcją gramatyczną zdań. Wg tej teorii twierdzi się, że gdy spotykają się dwie osoby, to będą wysyłać takie komunikaty niewerbalne, które pasują do ich poczucia bliskości. Na przykład dwie szczerze lubiące się osoby będą często patrzeć sobie w oczy, stać blisko siebie i pochylać się delikatnie ku sobie, temat ich rozmowy będzie bardziej intymny, pojawi się żywa mimika, uśmiechy, lekkie potakiwania głową itp. W teorii tej twierdzi się dalej, że jeśli okoliczności zmienią jeden z tych wymiarów intymności, ludzie będą próbowali przywrócić stan równowagi na innych wymiarach. Na przykład, gdy stoimy stłoczeni w windzie, to odległość jest charakterystyczna dla kontaktu z ludźmi bliskimi i dobrymi znajomymi (dystans intymny). Jesteśmy jednak w towarzystwie obcych ludzi, dlatego staramy się zwiększyć dystans. Fizycznie jest to niemożliwe, dlatego robimy to na innych wymiarach intymności: przestajemy rozmawiać, nie patrzymy na siebie, staramy się oddalić, a jeśli nie jest możliwe uniknięcie dotyku, to części ciała, które dotykają innych są usztywnione, ustawiamy się do siebie bokiem, zachowujemy maskowatą twarz, postawa ciała jest zamknięta - ręce zasłaniają genitalia, ewentualny bagaż jest trzymany przed sobą. Podobnie dzieje się w zatłoczonych autobusach, czy w poczekalniach i w większości warunków, w których zaburzony jest naturalny dystans, który ludzie chcieliby zachować w stosunku do innych. Podobnie gdy dwie bardzo bliskie osoby są zmuszone stać w większej odległości niżby to wynikało z ich wzajemnej dobrej relacji, to będą się starać psychologicznie zmniejszyć dystans. Dwoje kochanków przy zbyt dużym stole w restauracji, będzie silnie pochylać się ku sobie, dłużej na siebie patrzeć, dotykać się (np. nogami pod stołem), mówić przyciszonym głosem, usuwać przedmioty, które stoją między nimi itp. Teoria ta tłumaczy także dlaczego podczas zmiany tematu rozmowy zmieniają się komunikaty niewerbalne, które z nią współwystępują. Np. gdy poruszamy temat, który budzi wiele emocji lub jest trudny, to rzadziej na siebie patrzymy, a kontakt wzrokowy jest krótszy. Zmiana tematu rozmowy powoduje bowiem zmniejszenie psychologicznego dystansu między ludźmi, co wpływa z kolei na dążenie do przywrócenia stanu równowagi. Zerwanie kontaktu wzrokowego jest takim właśnie manewrem. Gdy temat rozmowy jest trudny pod względem złożoności, nawiązywanie kontaktu wzrokowego podnosi poziom emocji, co utrudnia budowanie zdań złożonych. Dlatego wielu wykładowców mówi, nie patrząc na publiczność, spoza pulpitów lub stołu, co psychologicznie zwiększa dystans między mówcą a słuchaczami i pozwala formułować czytelne wypowiedzi.
Wyznawanie komuś, kto jest dla nas atrakcyjny, że nam się podoba, może sprawić, że i my spodobamy mu się bardziej. Na podobnej zasadzie działa uśmiechanie się i nawiązywanie kontaktu wzrokowego - twierdzi psycholog Ben Jones z Aberdeen University. Jego badanie na 230 kobietach i mężczyznach wykazało, że takie zachowania, które sygnalizują zainteresowanie, odgrywają znaczącą rolę we flircie. Jones podpowiada, że single, którzy szukają swojej drugiej połówki, mogą wykorzystać jego odkrycia, aby nie marnować czasu na bezproduktywne pogawędki z niezainteresowanymi osobami. Jednym słowem - nie należy tracić czasu na atrakcyjne osoby, które nie wydają się nami zainteresowane. Uczestnicy badania zostali poproszeni o oglądanie zdjęć twarzy wyrażających różne emocje. Później musieli ocenić ich atrakcyjność. Znacznie lepiej oceniali twarze, które "patrzyły na nich" i uśmiechały się. "Lubimy, kiedy atrakcyjne dla nas osoby zachowują się w stosunku do nas przyjaźnie. I często wiążemy się z tymi, które są na naszym poziomie atrakcyjności. Może więc przez to jak inni zachowują się w stosunku do nas przekonujemy się, jak jesteśmy atrakcyjni" - uważa dr Lynda Boothroyd z University of Durham.
Osoby, które nie chcą mówić o emocjach związanych z traumatycznym przeżyciem mogą sobie z nim radzić równie dobrze, a nawet lepiej, niż ekstrawertycy - wynika z amerykańskich badań. Artykuł na ten temat zamieszcza pismo "Journal of Consulting and Clinical Psychology".
Przez długi czas psychologowie uważali, że uzewnętrznianie swoich myśli i emocji jest niezbędnym warunkiem powrotu do zdrowia - psychicznego i fizycznego - po wstrząsającym przeżyciu.
Aby sprawdzić prawdziwość tej tezy zespół naukowców pod kierunkiem Roxane Cohen Silver z UC Irvine przeprowadził doświadczenie wśród osób, które przeżyły ataki terrorystyczne na USA w dniu 11 września 2001 r.
Najpierw, drogą mailową poproszono 36 tys. respondentów o wypełnienie ankiety dotyczącej osobistych przeżyć związanych z tym wydarzeniem. Wypełniło ją niemal 14 tys. z nich.
Następnie naukowcy przez 2 lata śledzili stan zdrowia 3 tys. osób wybranych zarówno z grupy, która wypełniła ankietę, jak i z grupy, która nie chciała się dzielić swoimi przeżyciami. Żaden z uczestników doświadczenia nie stracił w trakcie zamachów bliskiej osoby.
Okazało się, że osoby, które nie dzieliły się swoimi przeżyciami i uczuciami poradziły sobie z nimi bardzo dobrze. W miarę upływu czasu stwierdzano u nich mniej zaburzeń psychicznych i dolegliwości fizycznych, niż u pacjentów, którzy zdecydowali się wyrazić swoje emocje związane z zamachem.
Jak ocenia Silver, wyniki tych badań mają ogromne znaczenie dla zrozumienia roli ekspresji emocji w procesie zdrowienia po traumie.
Nie oznaczają one, że wyrażanie swoich myśli i uczuć jest szkodliwe. Ludzie, którzy chcą się nimi dzielić powinni to robić, ale trzeba pamiętać, że nie każdy radzi sobie z traumą w ten sam sposób i że całkiem normalne jest, gdy bezpośrednio po zbiorowym wstrząsie ktoś nie chce o nim mówić. "Niektórzy ludzie nie potrzebują wyrażać swoich uczuć po traumie i radzą sobie z nią dobrze. To zwykły mit, że trzeba uzewnętrzniać swoje cierpienie by się z nim uporać" - komentuje badaczka.
Jej zdaniem, badania te dowodzą, że obowiązkowe porady psychologiczne dla osób, które przeżyły wstrząsające zdarzenie mogą być marnotrawstwem czasu oraz pieniędzy i prowadzić do ograniczenia funduszy dla osób najbardziej potrzebujących pomocy psychologa. Istnieje też ryzyko, że w ten sposób będziemy zakłócać naturalne procesy radzenia sobie z traumą u ludzi, którzy szukają pomocy u krewnych lub przyjaciół.